środa, 22 października 2014

Wąwóz Todra



Dziś pobudka z rana, śniadanie na naszym tarasie przed kazbą, a o 9.30 przyjechała umówiona grand taxi i za 150Dh zwiozła nas do Ourzazate. 32km pokonaliśmy w 30 minut. Podjechaliśmy bezpośrednio przed dworzec CTM. Kupiliśmy bilety do Thinghiru na 11.45 koszt 55Dh/1os + 5Dh za 2 plecaki waga 33kg J. Autobus wyjechał z niewielkim opóźnieniem. Po drodze mieliśmy godzinny postój pod restauracją chociaż kierowca zapowiedział 25 minut. Zamówiłam berber omlet myśląc, że zostanie szybko podany. Kucharze bardzo dobrze się bawili, danie dostaliśmy po 20min. Jedliśmy w wielkim stresie, po czym czekaliśmy na kierowcę jeszcze 15 minut super. W końcu dojechaliśmy do Thinghiru trudno było nam zabrać plecaki z luku bagażowego naszego autokaru. Natychmiast  zostaliśmy otoczeni przez pośredników i samozwańczych przewodników, niektórzy byli nawet mili. Rozdzieliliśmy się. Rafał został z plecakami i Guidami na miłych pogawędkach ;) , a ja pobiegłam na małe zakupy m.in. 5l wody, której brakuje w Todrze.  W Tinghirze są dwa miejsca postoju Grand Taxi. Te do Todry stoją w bocznej uliczce odbijającej na lewo od głównej drogi, ale ok. 200m dalej w kierunku Todry (od miejsca gdzie jest wielki plac także z postojem taksówek) . Od osoby zażądali 8Dh czyli za całą taksówkę 48DH pojechaliśmy, bo chętnych było brak, a na zegarku już 16.00. Jechaliśmy wzdłuż pięknej doliny na której dnie rosną gaje palmowe.


 Wybraliśmy sobie hotel  Etoile des Gorges. Dojechaliśmy, jeszcze nie zdążyliśmy wyjąć plecaków z taksówki, a już nas wita Ahmed przyjaciel naszego Mustafy z Merzougi i szef hotelu. Zostaliśmy zaanonsowani :).


 Cena za pokój 50Dh za noc z w pokoju z prysznicem i wc oraz gorącą wodą. Dodatkowo wykupiliśmy śniadania i obiadokolacje za 100Dh/1os. Dostępne wi-fi od 19.00 do 24.00 - zasięg dobry nawet w pokoju. Kolacja była super do wyboru co się chce pić (kawa, herbata, sprite, cola zwykła lub light) – wzięliśmy kawę z super pianką, do tego świetna sałatka warzywna (pomidory, ogórki, papryka, cebula, oliwki), jeden duży tajin z kurczakiem i warzywami, oczywiście full marokańskiego chleba. Ledwo skończyliśmy jeść, a tu na stole lądują owoce melon i mandarynki. 
Zrobiliśmy też mały rekonesans wąwozu, w którym planujemy wspinaczki przez najbliższe kilka dni :).
 


(pierwsze przymiarki :)




(hiszpańscy koledzy atakują)

wtorek, 21 października 2014

Zagubieni w czasoprzestrzeni - Ait Ben Haddou


Dziś daliśmy czadu, aż wstyd się przyznać :-!
Mieliśmy wstać, jak to na wakacjach o 6.30 po kolejnym intensywnym dniu. Dzwoni budzik w telefonie Aurelii. Przecieram oczy i siadam  na łóżku. Wywlokłem się z mojej aksamitnej powłoczki robiącej za śpiwór. za oknem straszne ciemności. Aurelia zabiera się za pakowanie. kątem oka patrzę na zegarek i znów Przecieram oczy tym razem z niedowierzaniem - jest 4.30. Trochę się wkurzyłem :-S Aurelia zrzuca winę na komórkę, która w roamingu wyświetla jej 2 czasy i budzik ustawił się na czas polski. Jakoś to przełknąłem i natychmiast zasnąłem. Budzimy się tym razem bez budzika pośród dźwięków rzygania i cherchlania. To poranne rytuały sąsiadów i uroki tanich hoteli. Za oknem piękny dzień. Szybkie śniadanie i pakowanko. Po godzinie wychodzimy. Chcemy wcześniej dotrzeć na dworzec autobusowy i tam na spokojnie napić się herbaty. Bierzemy Petite taxi z Djemaa. nie chce nam się targować zwłaszcza, że taksiaże nie wykazują ochoty. Za 50Dh po 10min zajeżdżamy na dworzec. Po chwili rozsiadamy się w kawiarence, a Aurelia delektuje pyszną kawą (12Dh). Co jakiś czas wychodzę przed budynek szukając naszego autobusu, ale coś długo go nie ma. W końcu podchodzę do informacji i pytam kiedy będzie. I tu kolejny szok po nocnej pobudce, mamy zły czas na zegarkach! :-o jest o godzinę później, a autobus już pojechał. Myślałem, że to jakiś głupi żart. Nie mogłem uwierzyć. Tym bardziej, że mam w telefonie ustawiony czas sieciowy i tak też ustawiliśmy zegarki. Pani pokazuje mi zegar na ścianie. O co tu chodzi? Bilety niestety przepadły. Nie udało się wywalczyć zwrotu gotówki.
Takie właśnie przygody gwarantuje podróżowanie na własną rękę.
Dobrze, że przynajmniej miejsce i data się zgadzają. Krótka burza mózgów i ruszamy na pobliski dworzec autobusowy najlepszej w kraju sieci CTM. I tu znów zabawa najpierw kupujemy bilety 90Dh/1os, każą nam czekać 15 minut na odprawienie bagażu, no to czekamy. Przed kasą stoi duży tłum ludzi, nie ma żadnego końca kolejki. Panuje wolna amerykanka. Udaje się nam dopchać do okienka i dowiadujemy się, że bagaż musi zostać zważony. Znów pchamy się do pana, który waży bagaż, ale to nie koniec pisze coś na naszych biletach i znów każe nam stać w tłumie po naklejkę na bagaż. Pocieszamy się tylko, że pomimo niezłego bałaganu wszyscy w końcu załatwią swoje karteczki. W końcu dostajemy paski, którymi oklejają nasze plecaki. W sumie lepiej, bo jest większa szansa, że bagaż nie zginie i nikt nie zabierze twojego. No to wsiadamy, klima już działa w autobusie jest bardzo przyjemnie, na dworze upał jest mocno odczuwalny. Po 10 minutach manewrów na placu kierowca mówi coś po arabsku i wszyscy oprócz nas wstają. Jak się okazało z chłodnicy cieknie woda. Podstawiają nowy i z 30 minutowym opóźnieniem wyruszamy. Jedziemy przez przełęcz Tizi n’Tichka (2092m npm) na drugą stronę Atlasu. Droga jest wąska i kręta. 


Przyciskając głowę do szyby nie widzę asfaltu tylko otchłań. Widoki jak z samolotu. Ciężko się śpi, kierowca chyba chciał nadgonić stracony czas, ostro hamował na zakrętach, które były co chwilę, do tego ludzie reagowali bardzo emocjonalnie, widząc co jest przed nami na drodze.


Po 2,5 godziny stajemy na 40 minut w miejscowości Agouim na obiad. Fajne jedzenie grillowany kurczak (2 patyczki z szaszłykami) do tego frytki i sałatka z pomidorów i chleb + herbata marokańska 32Dh, kwa z mlekiem 7 Dh. Tanio i można spokojnie się najeść. W końcu dojechaliśmy do skrzyżowania w miejscowości Tabourahte tu na naszą prośbę kierowca się zatrzymuje. Zanim zdążyliśmy założyć plecaki, już podjechała do nas taksówka. Obrotni miejscowi załatwili nam transport do Ait Bin Haddou za 60Dh. Jechaliśmy sami, czekanie na następnych turystów nie miało sensu, bo nikogo nie było. Kierowca zawiózł nas pod sam hotel. Wybraliśmy hotel Chez Brahim który wcześniej rezerwowaliśmy przez Internet. Noc kosztuje 280Dh. 




 W cenę wliczono stylowy pokój z łazienką, ciepłą wodą  i śniadanie, są ręczniki i taras z pięknym widokiem na kazbę. 


 (Ksar Ait Ben Haddou - ufortyfikowana wioska założona przez Almorawidów w XI w. To tu nakręcono takie filmy jak Lawrance`a z Arabii czy Gladiator. Te wieże pochodzą z XVI w. co 20 lat muszą je odrestaurowywać)

Właśnie dlatego wybraliśmy ten hotel choć nie jest najtańszy, ale warto. 




Nawet lokalny muezin nie jest nachalny i daje pospać :) Delektujemy się ciszą, spokojem, scenerią i wreszcie się wysypiamy. Śniadanie hotelowe nas powaliło. Choć lubię cukier to jednak nie w takich ilościach. Wszystko było słodkie lub bardzo słodkie poza kawą. Może tak lubią Francuzi którzy są tu z nami, ale ja po śniadaniu czułem mdłości.

 (tu jemy śniadania i tworzymy bloga :) tu mamy najlepszy zasięg)
Po śniadaniu ruszyliśmy na zwiedzanie  kazby. Droga doń wiedzie ścieżką usianą sklepikami z souvenirkami. Nie było by tak źle, ale przejście spokojnie po takiej trasie nie należy do łatwych. Oczywiście i my wpadliśmy w sidła, mieliśmy tylko wejść i zobaczyć. :)


 
(i tak zostałam ochrzczona jako Fatima)

 W końcu ruszmy przechodzimy koryto wysuszonej rzeki i wchodzimy do kazby. Na wejściu siedzi 2 staruszków i kasuje 10Dh/1os. Robimy krok do przodu i prawie zostaliśmy stratowani przez osiołki, które na grzbiecie miały worki pełne ich odchodów. Początek niezły.


Dalej szlak wiedzie między stoiskami z rękodziełem. Żadnego oglądania zawartości sklepików tylko z zewnątrz.

(tygrysy kazby :)

  Idziemy w górę na punkt widokowy. Po drodze spotykamy fajnego garjka.


 Kilka ujęć z góry.



Schodząc wyszliśmy poza tradycyjny szlak i trochę się poszwendaliśmy po wąskich uliczkach i zaglądając do rozpadających się wnętrz. Kazba zbudowana jest z gliny i pewnie by się rozpadła, gdyby nie ciągłe odrestaurowywanie. Jej mieszkańcy nie mogą używać oświetlenia elektrycznego dla zachowania klimatu. W 1987r UNESCO wpisało Ksar na Listę Światowego Dziedzictwa

 



 A na sam koniec wychodząc z kazby mostem, weszliśmy do restauracji znajdującej się na jego końcu. Na obiad zmówiliśmy tajin z kurczakiem doprawiony cytryną, pieprzem, curry i oliwkami (40Dh) do tego herbata marokańska 10Dh za szklankę.


Dalsza część dnia to już tylko lenistwo :).

poniedziałek, 20 października 2014

Spoko Maroko



Znów wczesna pobudka, jak ja kocham wakacje ;) Błażej i Dagi podwożą nas na lotnisko. Na szczęście mamy tylko bagaż podręczny, więc szybko docieramy do bramki przemykając między regałami sklepowymi. Autobus dowozi nas pod samolot. Mimo, że maszyna jest mała nie ma kompletu pasażerów. Wygodnie więc rozsiadamy się na 3 fotelach. Lot będzie trwał 1,5h i nawet człowiek nie pośpi :(. Ledwie się wznieśliśmy i już lądujemy. Widoki na Marrakesz były, ale niestety po lewej stronie. Wysiadamy na płytę lotniska i zdziwienie, bo nie czujemy zapowiadanego piekła czyli +36 w cieniu. Ale na zimno i tak nie można narzekać ;). Architektura terminalu robi wrażenie. Sprawdziliśmy kurs Dirhama, dla orientacji. W kantorach w medinie jest lepszy, a my mieliśmy jeszcze coś z poprzedniej wyprawy. Pamiętając poprzednie wizyty w tym kraju spodziewaliśmy się  natrętnych naganiaczy, a tu nic! po prostu szok! Były owszem propozycje taxi ale bardzo grzeczne i jednorazowe. Powędrowaliśmy w lewo po wyjściu z hali lotniska na autobus nr 19 podwożący za 30Dh/os (23zł) do samego centrum. Kierowca był bardzo grzeczny i miły. Spodziewaliśmy się tłumu pasażerów, ale mimo 20 minutowego oczekiwania jechaliśmy sami. Wysiedliśmy w epicentrum czyli przy najsłynniejszym placu Maroka Djemaa El-Fna, w sercu mediny.

 (plac Djemaa)  

 To tu można znaleźć najtańsze hotele. Już po pierwszych krokach uderzyły w nas intensywne zapachy. Najpierw odór końskiego moczu, a kilka kroków dalej upajającej kolendry :) Kwitnące bugenwille, świergot ptaków, palmy, palące słońce i Djemaa z dźwiękami zaklinaczy. Kochamy Maroko! :) Trafiamy do hotelu Del Amis 100Dh/2os (38zł) gorący prysznic kosztuje dodatkowe 5 Dh/os (2zł).


 Przebieramy się i na miasto. Najpierw idziemy do kantoru gdzie 1 E wynosi 10,92Dh. Potem maszerujemy na dworzec autobusowy Supratours, który znajduje się 150m od dworca kolejowego. Po drodze podziwiamy zmieniające się z roku na rok nowe miasto.



 (zmęczeni upałem siadamy do kawy i marokańskiej herbatki)

(+42 szału nie ma;)



 Kupujemy na jutro bilety na godz. 8.30 do Ouarzazat koszt 90Dh/1os (34zł).  Naprawdę nie poznajemy tego miasta. Porządek, brak naciągaczy, tabliczki z cenami i niechęć do targowania. Nawet na straganach ze słynnym sokiem pomarańczowym na placu Djemaa widnieją ceny za szklankę soku 4Dh, a 5 lat temu płaciliśmy 10Dh!



W drodze powrotnej zaopatrujemy się w kartę prepaid do telefonu sieci Meditel z miesięcznym transferem 4GB mamy w pakiecie też sporo sms-ów oraz  minut. Ciekawe jak to się sprawdzi w praktyce. Zapłaciliśmy niemało bo 150Dh (57zł) oraz dodatkowo 50Dh (19zł) za usługę zainstalowania karty.

 (kupujemy suszone figi)

Wchodząc w wąskie i zatłoczone uliczki mediny w reakcji na nasze rozmowy słyszymy hasło jakiegoś uśmiechającego się lokalsa „Spoko Maroko!” :) – no w sumie na razie spoko ;)
Wracamy do hotelu z nadzieją, że dziś położymy się wcześniej. Piszemy bloga i wysyłam wiadomość do Mustafy z Marzougi na pustyni. Po chwili dzwoni Mustafa. Okazuje się, że jest w Marrakeszu! Umawiamy się na wieczorne spotkanie w Cafe de France. Mustafa jest bardzo sympatyczny rozmawiamy o wszystkim skacząc z tematu na temat i popijając „Berber Whisky” 

 (spotkanie z Mustafą)

 (Djemaa po zmroku)

Kładziemy się jak zwykle z wyczerpanymi bateryjkami. Tak intensywnych godzin dawno nie przeżyliśmy. Aż trudno uwierzyć, że wczoraj jeszcze budziliśmy się w naszym łóżku w Poznaniu :)

niedziela, 19 października 2014

Lizbona



18.10.20
Wczesna pobudka, szybkie śniadanie i toaleta.
Pierwszy etap - pociąg do Warszawy. Na poznański dworzec kolejowy podwozi nas tata. W tym roku plecaki cięższe niż zwykle - to masa sprzętu do wspinania :-) Po 2,5h wysiadamy na stacji Warszawa Zachodnia, bo przez trwające prace wykopaliskowe podróż na Centralną to kolejne pół godziny. Bierzemy radio taxi (22)6444444. Zjawia się po 10 min. Za 30zł docieramy na lotnisko. Po drodze miła rozmowa z kierowcą. Dowiadujemy się, że przebudowa lotniska dobiega końca, ale zgodnie z tutejszym standartami można się spodziewać wielomiesiecznych odbiorów technicznych, które potrafią sie nagle zakończyć,  gdy prasa doniesie np. o nowych wozach strażackich dla lokalnej straży pożarnej ;)
Na lotnisku czekanie to standardt. 

 (czekamy no i oczywiście najważniejsza kawa :)

Tym razem lecimy portugalskim liniami TAP. Wreszcie zaczyna się nasza odprawa i tu niespodzianka. Okazuje się, że mamy over-booking czyli sprzedano więcej biletów niż miejsc w samolocie, a ponieważ nie odprawiliśmy się wcześniej online mamy status stendby i miejsca w miarę możliwości zostaną nam przydzielone dopiero na bramce bezpośrednio przed wejściem do samolotu. Zorientowaliśmy się, że lecimy razem z podróżnymi linii lotniczych LOT jednym samolotem. Widać konkurencja wymusza oszczędności. Warujemy przy bramce i opłaciło się, bo sympatyczna pani przydziela nam miejsca jeszcze przed rozpoczęciem boarding-u :-) Rozglądamy się po sklepach. Najtańsza woda 0,5l o pięknej nazwie 3F (fine fresh food) 5,5zł.


Samolot malutki, ale za to jedzenie wyjątkowo nam smakuje. Trochę dziwią nas tylko wielorazowe sztućce zwłaszcza w czasach wszechobecnej paniki z powodu eboli.

 (myśleliśmy, że będzie tylko kanapka, a tu miłe zaskoczenie)

Po 4 godzinach lądujemy w Lizbonie, która wita nas burzowymi chmurami. 


Przedarcie się do wyjścia z terminalu trochę nam jednak zabiera. Tym bardziej, że pięknie oznaczona ścieżka wmanewrowuje nas do sklepów. Maszerujemy między stoiskami niemal jak po IKEI. Spieszymy się na spotkanie z sympatycznymi lokalsami ;) Błażejem i Dagi i mimo późnej pory, ciemności, zmęczenia, i perspektywy wczesnej pobudki następnego dnia ruszamy z naszymi Guidami na podbój starówki.


 (słynny lisboński tramwaj)

 (a tu w miniaturce)

 (a tu późna kolacja, na topie świeże rybki)

( Ulica Augusta)



Lizbona to bezdyskusyjnie ekstraklasyk europejskich stolic. Mamy niedosyt i postanowienie powrotu za dnia.






wtorek, 7 października 2014

To jeszcze nie Maroko ;)

Ostatni weekend spędziliśmy na nadmorskiej plaży. Październik zaskoczył nas pogodą. Takie małe wspomnienie lata było bardzo miłe. Poczuliśmy wakacje. Mieliśmy namiastkę Maroka w kurorcie. Nocleg z widokiem na morze, w odległości 50 m to nie tylko piękny widok, ale także nieustanny szum fal jakby człowiek spał na plaży.
Mimo, że do wyjazdu zostało kilkanaście dni nie czujemy stresu organizacyjnego jak w przypadku Azji i o to nam chodziło :)